Osiedle Artystów Plastyków
ul. Filtrowa 83, Warszawa
Gwara warszawska w międzywojniu
Piotr Mierzejewski
Pałac Staszica w Warszawie, w którym w roku 1939 Andrzej Sieczkowski wygłosil odczyt
pod tytułem "Najpospolitsze właściwości mowy Warszawiaków".
Józef Ruffer - rzeźbiarz, poeta, dziennikarz, a zarazem uważny słuchacz Warszawy - należy do tych postaci międzywojennej kultury stołecznej, które łączyły wrażliwość artysty z odpowiedzialnością kronikarza. Jako członek redakcji „Kuriera Warszawskiego” pozostawał blisko spraw publicznych, społecznych, ale i językowych. Żywo interesował się kulturą słowa, emocjonalnie reagował na zmiany w ortografii, śledził dyskusje o poprawności polszczyzny, zabierał głos w sporach o jej kształt i przyszłość. Nie był językoznawcą akademickim, lecz miał dar równie cenny - umiał słuchać żywej mowy. A przede wszystkim rozumiał, że język miasta jest jego najczulszym barometrem, ponieważ rejestruje przemiany społeczne, migracje, mody, napięcia klasowe, a nawet historię polityczną.
Tak właśnie należy widzieć jego obecność na odczycie Andrzeja Sieczkowskiego, zorganizowanym w Pałacu Staszica przez Towarzystwo Krzewienia Poprawności i Kultury Języka. Sieczkowski, znany popularyzator wiedzy o języku, bystry obserwator mowy potocznej, lecz nie autor systematycznych publikacji, przedstawił wówczas wyniki swoich obserwacji nad polszczyzną Warszawiaków. Nie ogłosił ich drukiem w formie studium, nie pozostawił monografii ani rozprawy. I właśnie dlatego notatka Ruffera ma dziś wartość szczególną. Dzięki jego sprawozdaniu prasowemu utrwalony został fragment żywego języka miasta — jego fonetyki, fleksji, słownictwa ulicy, handlu, tramwaju i podwórza. To zapis nie tyle normy, ile brzmienia — fonosfery międzywojennej Warszawy. Ruffer ocalił w ten sposób coś, co wkrótce miało zniknąć razem z Warszawą, jaką znał.
II wojna światowa przerwała ciągłość językową miasta równie brutalnie jak jego ciągłość demograficzną i kulturową. Zagłada ludności żydowskiej, zbrodnicza likwidacja inteligencji, wygnanie i rozproszenie rdzennych Warszawiaków, a następnie powojenna unifikacja społeczna sprawiły, że dawna mowa stolicy z jej miękko-twardą fonetyką, germanizmami handlowymi, charakterystyczną grzecznością ulicy, przetrwała już tylko w literaturze, pamiętnikach i takich właśnie prasowych zapisach.
Tekst Ruffera jest więc czymś więcej niż sprawozdaniem z odczytu. Jest dokumentem językowej pamięci miasta. Spotykają się w nim dwie postawy: badawcza czujność Sieczkowskiego i kronikarska wrażliwość Ruffera. Jeden obserwował i analizował - drugi zapisał i przekazał. Wspólnie, choć nieświadomie, ocalili dla historii polszczyzny obraz warszawskiej mowy w jej ostatnim przedwojennym momencie pełnej ciągłości. Dziś, publikując ten tekst po latach, czytamy go nie tylko jako ciekawostkę językową, lecz jako świadectwo utraconego brzmienia miasta - Warszawy, która mówiła inaczej niż cała reszta kraju i która już nigdy nie zabrzmi w ten sam sposób.
Międzywojenna Warszawa nie była jednolita językowo. Stanowiła złożony organizm fonetyczny i socjolingwistyczny, w którym ścierały się wpływy regionalne, zaborowe i klasowe. Na jej mowę składały się zarówno elementy dialektu mazowieckiego, jak i naleciałości rosyjskie, niemieckie oraz żargon środowisk zawodowych i handlowych.
O mowie Warszawiaków
Józef Ruffer
(Kurier Warszawski z 23 lutego 1938)
W Sali parterowej Kasy im. Mianowskiego (pałac Staszica) odbyło się pod przewodnictwem prof. Szobera zebranie odczytowo-dyskusyjne Towarzystwa krzewienia poprawności i kultury języka, na którym p. Andrzej Sieczkowski wygłosił odczyt p. t. „Najpospolitsze właściwości mowy Warszawiaków”.
Zastrzegłszy się na wstępie, że nie zamierza bynajmniej urządzać krucjaty przeciw uszczypliwie tak zwanym „Warszawistom”, zapewnił słuchaczów, że z uczuciem ciepłym, zabarwionym nawet pewnym wzruszeniem, pragnie, chociaż pobieżnie, w ramach krótkiego wykładu, pokazać pewne właściwości mowy Warszawiaków, wyraźnie: Warszawiaków, nie: Warszawian.
Zaczął p. Sieczkowski od dźwięków, głosek, jako podłoża materialnego mowy. Wargowe miękkie bi, pi, fi, wi w stronach południowych brzmią: biały itd., w Warszawie: biały. We środę, środek, brzmią w Warszawie: we środe, środek. Jest tu może ślad samogłoski prasłowiańskiej, a może raczej silna, przedłużona wymowa ś. Grupy ke, ge — kie, gie w dialektach mazowieckich mieszają się. Na północy (Płock): cuker, kedy, w Warszawie: kiedy — rękie, nogie. Błędne to oczywiście w wymowie scenicznej i szkolnej. Kelner, dżokej z dzielnic południowych brzmią w Warszawie: kielner, dżokiej. Tak samo: rieś, riesty.
Odwrotnie zaś stwardnieniu ulega l i ł, w mowie warszawskiej zbliża się do ł. Np. w kolędzie na krańcach miasta zamiast li-li-li słyszy się ly-ly-ly. Wzruszający wprost jest szyld, który prelegent zauważył: „Naprawa parasoly”. Podobnie twardnieje wtórnie m: rękamy, nogamy. Sprzedawca na ulicy wykrzykuje: „Nowy plan miasta Warszawy z nowemy nazwamy ulic”.
Charakterystyczne są wtórne (błędne) unosowania, np. kwandrans zamiast kwadrans, mięszać — zamiast prawidłowego mieszać i mienszkanie — zamiast mieszkanie.
Przytoczmy jeszcze, dla przykładu, jak wytykanym południowym: szport (sport), szkandał (skandal) odpowiada warszawskie sztukać (stukać), sztora (stora), szmalec (smalec), natomiast: kasłać (południowe kaszlać). Północ nadużywa o pochylonego, ó, np. Pomorze, Poznańskie: szkólnik, rólnik, warszawskie ktoś, coś, natomiast odwrotnie kościołek, połudn.: kościółek, warszawskie: rozproszyć, połudn.: rozprószyć. Wspomnijmy dalej od śmiać, łąć warszawskie śmieli, leli, w przeciwstawieniu do południowych: śmiali, lali, rozszerzenie e przed m: robiemy, chodzimy, a nawet: robem, chodzem. Warszawskie też są formy na a w liczbie mnogiej, jak: kajeta, bileta, odcienia. Co do czasowników z zaimkiem zwrotnym: się, południe w tej dziedzinie jest skąpe: spóźnić pociąg zamiast spóźnić się, wrócić, patrzyć, warsz.: wrócić się, patrzyć się, słuchać się, prosić się. Jest to jak gdyby wzmocnienie. Co do form wyrazowych, rusycyzmów jest w mowie warszawskiej mało. Tłumaczy się to wynikającą z bacznej uwagi odpornością w tej dziedzinie. Nie brak natomiast germanizmów jak banhof, bryftrygier, oberluft, które na szczęście są na wymarciu. Podobnie obstalować, poczciwe, jeszcze używane obok: zamawiać i fatalne: stalować. Dalej: przyszykować, gilza, szlaban, platforma, mundsztuk. W przechadzce, zaczętej od dworca głównego, pokazał prelegent: tragarza (gorszy jeszcze południowy: pakier). „Sklepik” — to mały sklep spożywczy, kupiec — to skład kolonialny, południową drogueryę zastępuje w Warszawie skład apteczny, południowa trafika (sklep z tytoniem) wypiera starą dystrybucję. W aptekach sprzedają wodę Burrowa, która na południu z wody Burowa przeszła w… „leśną”! — od: bór, las… Kiełbasie krakowskiej w Warszawie odpowiada uprzejmie z Krakowa kiełbasa warszawska. Warszawska kaszka krakowska w Krakowie staje się… częstochowską. W masarni sprzedawczyni pyta: „Czego kawaler życzy?” (zamiast: życzy sobie), na co pada odpowiedź: „5 deko rozmaitości”, co oznacza „mieszankę” (lwowską, krakowską) różnych wędlin. Zdrobnieniom południowym: chlebus, kawusia, śniadanko, odkrzykują wesoło warszawskie: kruszko, bułeczko. Wiadomo, że dorożkarz to: sałata, dozorca zawsze zapyta: „Kogo pan uważa?”, a straganiarka: „Co pan uważa?” Zacna paniusia idzie do kościoła „na Moniuszki” (jak „na Koszykach”), inna mieszka „na Skorupkach”, na ulicy „Śniadeckiej” (Śniadeckich), to znów „na Wrońskiej” (Wrońskiego).
Po zajmującym, przyjętym gorącymi oklaskami odczycie wywiązała się zajmująca dyskusja, w której między innymi pp. prof. Doroszewski, Chojecki, dyr. Moskwa, kpt. Rossowski, a na zakończenie prof. Szober, dorzucili jeszcze wiele szczegółów arcyciekawych.
dr Piotr Mierzejewski